Genre Ranking
Get the APP HOT
Home > Literature > Sklepy cynamonowe
Sklepy cynamonowe

Sklepy cynamonowe

Author: : Bruno Schulz
Genre: Literature
Sklepy cynamonowe by Bruno Schulz

Chapter 1 No.1

W lipcu ojciec mój wyje?d?a? do wód i zostawia? mnie z matk? i

starszym bratem na pastw? bia?ych od ?aru i oszo?amiaj?cych dni letnich.

Wertowali?my, odurzeni ?wiat?em, w tej wielkiej ksi?dze wakacji, której

wszystkie karty pa?a?y od blasku i mia?y na dnie s?odki do omdlenia

mi??sz z?otych gruszek. Adela wraca?a w ?wietliste poranki, jak Pomona z

ognia dnia roz?agwionego, wysypuj?c z koszyka barwn? urod? s?ońca -

l?ni?ce, pe?ne wody pod przejrzyst? skórk? czere?nie, tajemnicze, czarne

wi?nie, których woń przekracza?a to, co ziszcza?o si? w smaku; morele, w

których mi??szu z?otym by? rdzeń d?ugich popo?udni; a obok tej czystej

poezji owoców wy?adowywa?a nabrzmia?e si?? i po?ywno?ci? p?aty mi?sa z

klawiatur? ?eber ciel?cych, wodorosty jarzyn, niby zabite g?owonogi i

meduzy - surowy materia? obiadu o smaku jeszcze nie uformowanym i

ja?owym, wegetatywne i telluryczne ingrediencje obiadu o zapachu dzikim

i polnym. Przez ciemne mieszkanie na pierwszym pi?trze kamienicy w rynku

przechodzi?o co dzień na wskro? ca?e wielkie lato: cisza drgaj?cych

s?ojów powietrznych, kwadraty blasku ?ni?ce ?arliwy swój sen na

pod?odze; melodia katarynki, dobyta z najg??bszej z?otej ?y?y dnia; dwa,

trzy takty refrenu, granego gdzie na fortepianie, wci?? na nowo,

mdlej?ce w s?ońcu na bia?ych trotuarach, zagubione w ogniu dnia

g??bokiego. Po sprz?taniu Adela zapuszcza?a cień na pokoje, zasuwaj?c

p?ócienne story. Wtedy barwy schodzi?y o oktaw? g??biej, pokój nape?nia?

si? cieniem, jakby pogr??ony w ?wiat?o g??bi morskiej, jeszcze m?tniej

odbity w zielonych zwierciad?ach, a ca?y upa? dnia oddycha? na storach,

lekko faluj?cych od marzeń po?udniowej godziny. W sobotnie popo?udnia

wychodzi?em z matk? na spacer. Z pó?mroku sieni wst?powa?o si? od razu w

s?oneczn? k?piel dnia. Przechodnie, brodz?c w z?ocie, mieli oczy

zmru?one od ?aru, jakby zalepione miodem, a podci?gni?ta górna warga

ods?ania?a im dzi?s?a i z?by. I wszyscy brodz?cy w tym dniu z?ocistym

mieli ów grymas skwaru, jak gdyby s?ońce na?o?y?o swym wyznawcom jedn? i

t? sam? mask? - z?ot? mask? bractwa s?onecznego; i wszyscy, którzy szli

dzi? ulicami, spotykali si?, mijali, starcy i m?odzi, dzieci i kobiety,

pozdrawiali si? w przej?ciu t? mask?, namalowan? grub?, z?ot? farb? na

twarzy, szczerzyli do siebie ten grymas bakchiczny - barbarzyńsk? mask?

kultu pogańskiego. Rynek by? pusty i ?ó?ty od ?aru, wymieciony z kurzu

gor?cymi wiatrami, jak biblijna pustynia. Cierniste akacje, wyros?e z

pustki ?ó?tego placu, kipia?y nad nim jasnym listowiem, bukietami

szlachetnie ucz?onkowanych filigranów zielonych, jak drzewa na starych

gobelinach. Zdawa?o si?, ?e te drzewa afektuj? wicher, wzburzaj?c

teatralnie swe korony, a?eby w patetycznych przegi?ciach ukaza?

wytworno?? wachlarzy listnych o srebrzystym podbrzuszu, jak futra

szlachetnych lisic. Stare domy, polerowane wiatrami wielu dni, zabawia?y

si? refleksami wielkiej atmosfery, echami, wspomnieniami barw,

rozproszonymi w g??bi kolorowej pogody. Zdawa?o si?, ?e ca?e generacje

dni letnich (jak cierpliwi sztukatorzy, obijaj?cy stare fasady z ple?ni

tynku) obt?ukiwa?y k?amliw? glazur?, wydobywaj?c z dnia na dzień

wyra?niej prawdziwe oblicze domów, fizjonomi? losu i ?ycia, które

formowa?o je od wewn?trz. Teraz okna, o?lepione blaskiem pustego placu,

spa?y; balkony wyznawa?y niebu sw? pustk?; otwarte sienie pachnia?y

ch?odem i winem. Kupka obdartusów, ocala?a w k?cie rynku przed p?omienn?

miot?? upa?u, oblega?a kawa?ek muru, do?wiadczaj?c go wci?? na nowo

rzutami guzików i monet, jak gdyby z horoskopu tych metalowych kr??ków

odczyta? mo?na by?o prawdziw? tajemnic? muru, porysowanego hieroglifami

rys i p?kni??. Zreszt? rynek by? pusty. Oczekiwa?o si?, ?e przed t? sień

sklepion? z beczkami winiarza podjedzie w cieniu chwiej?cych si? akacyj

osio?ek Samarytanina, prowadzony za uzd?, a dwóch pacho?ków zwlecze

troskliwie chorego m??a z rozpalonego siod?a, a?eby go po ch?odnych

schodach wnie?? ostro?nie na pachn?ce szabasem pi?tro. Tak w?drowali?my

z matk? przez dwie s?oneczne strony rynku, wodz?c nasze za?amane cienie

po wszystkich domach, jak po klawiszach. Kwadraty bruku mija?y powoli

pod naszymi mi?kkimi i p?askimi krokami - jedne bladoró?owe jak skóra

ludzka, inne z?ote i sine, wszystkie p?askie, ciep?e, aksamitne na

s?ońcu, jak jakie twarze s?oneczne, zadeptane stopami a? do niepoznaki,

do b?ogiej nico?ci. A? wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszli?my w

cień apteki. Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym

symbolizowa?a ch?ód balsamów, którym ka?de cierpienie mog?o si? tam

ukoi?. I po paru jeszcze domach ulica nie mog?a ju? utrzyma? nadal

decorum miasta, jak ch?op, który wracaj?c do wsi rodzimej, rozdziewa si?

po drodze z miejskiej swej elegancji, zamieniaj?c si? powoli, w miar?

zbli?ania do wsi, w obdartusa wiejskiego. Przedmiejskie domki ton??y

wraz z oknami, zapadni?te w bujnym i zagmatwanym kwitnieniu ma?ych

ogródków. Zapomniane przez wielki dzień, pleni?y si? bujnie i cicho

wszelkie ziela, kwiaty i chwasty, rade z tej pauzy, któr? prze?ni? mog?y

za marginesem czasu, na rubie?ach nieskończonego dnia. Ogromny

s?onecznik, wyd?wigni?ty na pot??nej ?odydze i chory na elephantiasis,

czeka? w ?ó?tej ?a?obie ostatnich, smutnych dni ?ywota, uginaj?c si? pod

przerostem potwornej korpulencji. Ale naiwne przedmiejskie dzwonki i

perkalikowe, niewybredne kwiatuszki sta?y bezradne w swych

nakrochmalonych, ró?owych i bia?ych koszulkach, bez zrozumienia dla

wielkiej tragedii s?onecznika.

Chapter 2 No.2

Spl?tany g?szcz traw, chwastów, zielska i bodiaków buzuje w ogniu

popo?udnia. Huczy rojowiskiem much popo?udniowa drzemka ogrodu. Z?ote

ciernisko krzyczy w s?ońcu, jak ruda szarańcza; w rz?sistym deszczu

ognia wrzeszcz? ?wierszcze; str?ki nasion eksploduj? cicho, jak koniki

polne. A ku parkanowi ko?uch traw podnosi si? wypuk?ym garbem-pagórem,

jak gdyby ogród obróci? si? we ?nie na drug? stron? i grube jego,

ch?opskie bary oddychaj? cisz? ziemi. Na tych barach ogrodu niechlujna,

babska bujno?? sierpnia wyolbrzymia?a w g?uche zapadliska ogromnych

?opuchów, rozpanoszy?a si? p?atami w?ochatych blach listnych, wybuja?ymi

ozorami mi?sistej zieleni. Tam te wy?upiaste pa?uby ?opuchów wyba?uszy?y

si? jak babska szeroko rozsiad?e, na wpó? po?arte przez w?asne oszala?e

spódnice. Tam sprzedawa? ogród za darmo najtańsze krupy dzikiego bzu,

?mierdz?c? myd?em, grub? kasz? babek, dzik? okowit? mi?ty i wszelk?

najgorsz? tandet? sierpniow?. Ale po drugiej stronie parkanu, za tym

matecznikiem lata, w którym rozros?a si? g?upota zidiocia?ych chwastów,

by?o ?mietnisko zaros?e dziko bodiakiem. Nikt nie wiedzia?, ?e tam

w?a?nie odprawia? sierpień tego lata swoj? wielk? pogańsk? orgi?. Na tym

?mietnisku, oparte o parkan i zaro?ni?te dzikim bzem, sta?o ?ó?ko

skretynia?ej dziewczyny T?ui. Tak nazywali?my j? wszyscy. Na kupie

?mieci i odpadków, starych garnków, pantofli, rumowiska i gruzu sta?o

zielono pomalowane ?ó?ko, podparte zamiast brakuj?cej nogi dwiema

starymi ceg?ami. Powietrze nad tym rumowiskiem, zdzicza?e od ?aru, ci?te

b?yskawicami l?ni?cych much końskich, rozw?cieczonych s?ońcem,

trzeszcza?o jak od nie widzianych grzechotek, podniecaj?c do sza?u.

T?uja siedzi przykucni?ta wród ?ó?tej po?cieli i szmat. Wielka jej

g?owa je?y si? wiechciem czarnych w?osów. Twarz jej jest kurczliwa jak

miech harmonii. Co chwila grymas p?aczu sk?ada t? harmoni? w tysi?c

poprzecznych fa?d, a zdziwienie rozci?ga j? z powrotem, wyg?adza fa?dy,

ods?ania szparki drobnych oczu i wilgotne dzi?s?a z ?ó?tymi z?bami pod

ryjowat?, mi?sist? warg?. Mijaj? godziny pe?ne ?aru i nudy, podczas

których T?uja gaworzy pó?g?osem, drzemie, zrz?dzi z cicha i chrz?ka.

Muchy obsiadaj? nieruchom? g?stym rojem. Ale z nag?a ta ca?a kupa

brudnych ga?ganów, szmat i strz?pów zaczyna porusza? si?, jakby o?ywiona

chrobotem l?gn?cych si? w niej szczurów. Muchy budz? si? sp?oszone i

podnosz? wielkim, hucz?cym rojem, pe?nym wciek?ego bzykania, b?ysków i

migotań. I podczas gdy ga?gany zsypuj? si? na ziemi? i rozbiegaj? po

?mietnisku jak sp?oszone szczury, wygrzebuje si? z nich, odwija zwolna

j?dro, wy?uszcza si? rdzeń ?mietniska: na wpó? naga i ciemna kretynka

d?wiga si? powoli i staje, podobna do bo?ka pogańskiego, na krótkich

dziecinnych nó?kach, a z nap?cznia?ej nap?ywem z?o?ci szyi, z

poczerwienia?ej, ciemniej?cej od gniewu twarzy, na której jak malowid?a

barbarzyńskie wykwitaj? arabeski nabrzmia?ych ?y?, wyrywa si? wrzask

zwierz?cy, wrzask chrapliwy, dobyty ze wszystkich bronchij i piszcza?ek

tej pó?zwierz?cej-pó?boskiej piersi. Bodiaki, spalone s?ońcem, krzycz?,

?opuchy puchn? i pyszni? si? bezwstydnym mi?sem, chwasty ?lini? si?

b?yszcz?cym jadem, a kretynka, ochryp?a od krzyku, w konwulsji dzikiej

uderza mi?sistym ?onem z w?ciek?? zapalczywo?ci? w pień bzu dzikiego,

który skrzypi cicho pod natarczywo?ci? tej rozpustnej chuci, zaklinany

ca?ym tym n?dzarskim chórem do wynaturzonej, pogańskiej p?odno?ci. Matka

T?ui wynajmuje si? gospodyniom do szorowania pod?óg. Jest to ma?a, ?ó?ta

jak szafran kobieta i szafranem zaprawia te? pod?ogi, jod?owe sto?y,

?awy i szlabany, które w izbach ubogich ludzi zmywa. Raz zaprowadzi?a

mnie Adela do domu tej starej Maryki. By?a wczesna poranna godzina,

weszli?my do ma?ej izby niebiesko bielonej, z ubit? polep? glinian? na

pod?odze, na której le?a?o wczesne s?ońce, jaskrawo?ó?te w tej ciszy

porannej, odmierzanej przera?liwym szcz?kiem ch?opskiego zegara na

?cianie. W skrzyni na s?omie le?a?a g?upia Maryka, blada jak op?atek i

cicha jak r?kawiczka, z której wysun??a si? d?oń. I jakby korzystaj?c z

jej snu, gada?a cisza, ?ó?ta, jaskrawa, z?a cisza, monologowa?a, k?óci?a

si?, wygadywa?a g?o?no i ordynarnie swój maniacki monolog. Czas Maryki

- czas wi?ziony w jej duszy, wyst?pi? z niej straszliwie rzeczywisty i

szed? samopas przez izb?, ha?a?liwy, hucz?cy, piekielny, rosn?cy w

jaskrawym milczeniu poranka z g?o?nego m?yna-zegara, jak z?a m?ka, sypka

m?ka, g?upia m?ka wariatów.

Chapter 3 No.3

Ju? wówczas miasto nasze popada?o coraz bardziej w

chroniczn? szaro?? zmierzchu, porasta?o na kraw?dziach liszajem cienia,

puszyst? ple?ni? i mchem koloru ?elaza. Ledwo rozpowity z brunatnych

dymów i mgie? poranka - przechyla? si? dzień od razu w niskie

bursztynowe popo?udnie, stawa? si? przez chwil? przezroczysty i z?oty

jak ciemne piwo, a?eby potem zej?? pod wielokrotnie rozcz?onkowane,

fantastyczne sklepienia kolorowych i rozleg?ych nocy. Mieszkali?my w

rynku, w jednym z tych ciemnych domów o pustych i ?lepych fasadach,

które tak trudno od siebie odró?ni?. Daje to powód do ci?g?ych omy?ek.

Gdy? wszed?szy raz w niew?a?ciw? sień na niew?a?ciwe schody, dostawa?o

si? zazwyczaj w prawdziwy labirynt obcych mieszkań, ganków,

niespodzianych wyj?? na obce podwórza i zapomina?o si? o pocz?tkowym

celu wyprawy, a?eby po wielu dniach, wracaj?c z manowców dziwnych i

spl?tanych przygód, o jakim? szarym ?wicie przypomnie? sobie w?ród

wyrzutów sumienia dom rodzinny. Pe?ne wielkich szaf, g??bokich kanap,

bladych luster i tandetnych palm sztucznych mieszkanie nasze coraz

bardziej popada?o w stan zaniedbania wskutek opiesza?o?ci matki,

przesiaduj?cej w sklepie, i niedbalstwa smuk?onogiej Adeli, która nie

nadzorowana przez nikogo, sp?dza?a dnie przed lustrami na rozwlek?ej

toalecie, zostawiaj?c wsz?dzie ?lady w postaci wyczesanych w?osów,

grzebieni, porzuconych pantofelków i gorsetów. Mieszkanie to nie

posiada?o okre?lonej liczby pokojów, gdy? nie pami?tano, ile z nich

wynaj?te by?o obcym lokatorom. Nieraz otwierano przypadkiem któr?? z

tych izb zapomnianych i znajdowano j? pust?; lokator dawno si?

wyprowadzi?, a w nietkni?tych od miesi?cy szufladach dokonywano

niespodzianych odkry?. W dolnych pokojach mieszkali subiekci i nieraz w

nocy budzi?y nas ich j?ki, wydawane pod wp?ywem zmory sennej. W zimie

by?a jeszcze na dworze g?ucha noc, gdy ojciec schodzi? do tych zimnych i

ciemnych pokojów, p?osz?c przed sob? ?wiec? stada cieni, ulatuj?cych

bokami po pod?odze i ?cianach; szed? budzi? ci??ko chrapi?cych z

twardego jak kamień snu. W ?wietle pozostawionej przezeń ?wiecy wywijali

si? leniwie z brudnej po?cieli, wystawiali, siadaj?c na ?ó?kach, bose i

brzydkie nogi i z skarpetk? w r?ce oddawali si? jeszcze przez chwil?

rozkoszy ziewania - ziewania przeci?gni?tego a? do lubie?no?ci, do

bolesnego skurczu podniebienia, jak przy t?gich wymiotach. W k?tach

siedzia?y nieruchomo wielkie karakony, wyogromnione w?asnym cieniem,

którym obarcza?a ka?dego p?on?ca ?wieca i który nie od??cza? si? od nich

i wówczas, gdy który z tych p?askich, bezg?owych kad?ubów z nag?a

zaczyna? biec niesamowitym, paj?czym biegiem. W tym czasie ojciec mój

zacz?? zapada? na zdrowiu. Bywa?o ju? w pierwszych tygodniach tej

wczesnej zimy, ?e sp?dza? dnie ca?e w ?ó?ku, otoczony flaszkami,

pigu?kami i ksi?gami handlowymi, które mu przynoszono z kontuaru. Gorzki

zapach choroby osiada? na dnie pokoju, którego tapety g?stwia?y

ciemniejszym splotem arabesek. Wieczorami, gdy matka przychodzi?a ze

sklepu, bywa? podniecony i sk?onny do sprzeczek, zarzuca? jej

niedok?adno?ci w prowadzeniu rachunków, dostawa? wypieków i zapala? si?

do niepoczytalno?ci. Pami?tam, i? raz, obudziwszy si? ze snu pó?no w

nocy, ujrza?em go, jak w koszuli i boso biega? tam i z powrotem po

skórzanej kanapie, dokumentuj?c w ten sposób sw? irytacj? przed bezradn?

matk?. W inne dni bywa? spokojny i skupiony i pogr??a? si? zupe?nie w

swych ksi?gach, zab??kany g??boko w labiryntach zawi?ych obliczeń. Widz?

go w ?wietle kopc?cej lampy, przykucni?tego w?ród poduszek, pod wielkim

rze?bionym nadg?owiem ?ó?ka, z ogromnym cieniem od g?owy na ?cianie,

kiwaj?cego si? w bezg?o?nej medytacji. Chwilami wynurza? g?ow? z tych

rachunków, jakby dla zaczerpni?cia tchu, otwiera? usta, mlaska? z

niesmakiem j?zykiem, który by? suchy i gorzki, i rozgl?da? si?

bezradnie, jakby czego? szukaj?c. Wówczas bywa?o, ?e zbiega? po cichu z

?ó?ka w k?t pokoju, pod ?cian?, na której wisia? zaufany instrument. By?

to rodzaj klepsydry wodnej albo wielkiej fioli szklanej, podzielonej na

uncje i nape?nionej ciemnym fluidem. Mój ojciec ??czy? si? z tym

instrumentem d?ug? kiszk? gumow?, jakby kr?t?, bolesn? p?powin?, i tak

po??czony z ?a?osnym przyrz?dem - nieruchomia? w skupieniu, a oczy jego

ciemnia?y, za? na twarz przyblad?? wyst?powa? wyraz cierpienia czy

jakiej wyst?pnej rozkoszy. Potem znów przychodzi?y dni cichej skupionej

pracy, przeplatanej samotnymi monologami. Gdy tak siedzia? w ?wietle

lampy sto?owej, w?ród poduszek wielkiego ?o?a, a pokój ogromnia? gór? w

cieniu umbry, który go ??czy? z wielkim ?ywio?em nocy miejskiej za oknem

- czu?, nie patrz?c, ?e przestrzeń obrasta go pulsuj?c? g?stwin? tapet,

pe?n? szeptów, syków i seplenień. S?ysza?, nie patrz?c, t? zmow? pe?n?

porozumiewawczych mrugni?? perskich oczu, rozwijaj?cych si? w?ród

kwiatów ma??owin usznych, które s?ucha?y, i ciemnych ust, które si?

u?miecha?y. Wówczas pogr??a? si? pozornie jeszcze bardziej w prac?,

liczy? i sumowa?, boj?c si? zdradzi? ten gniew, który w nim wzbiera?, i

walcz?c z pokus?, ?eby z nag?ym krzykiem nie rzuci? si? na o?lep za

siebie i nie pochwyci? pe?nych gar?ci tych k?dzierzawych arabesek, tych

p?ków oczu i uszu, które noc wyroi?a ze siebie i które ros?y i

zwielokrotnia?y si?, wymajaczaj?c coraz nowe p?dy i odnogi z

macierzystego p?pka ciemno?ci. I uspokaja? si? dopiero, gdy z odp?ywem

nocy tapety wi?d?y, zwija?y si?, gubi?y li?cie i kwiaty i przerzedza?y

si? jesiennie, przepuszczaj?c dalekie ?witanie. Wtedy w?ród ?wiergotu

tapetowych ptaków, w ?ó?tym zimowym ?wicie zasypia? na par? godzin

g?stym, czarnym snem. Od dni, od tygodni, gdy zdawa? si? by? pogr??onym

w zawi?ych konto-korrentach - my?l jego zapuszcza?a si? tajnie w

labirynty w?asnych wn?trzno?ci. Wstrzymywa? oddech i nas?uchiwa?. I gdy

wzrok jego wraca? zbiela?y i m?tny z tamtych g??bin, uspokaja? go

u?miechem. Nie wierzy? jeszcze i odrzuca? jak absurd te uroszczenia, te

propozycje, które nań napiera?y. Za dnia by?y to jakby rozumowania i

perswazje, d?ugie, monotonne rozwa?ania prowadzone pó?g?osem i pe?ne

humorystycznych interludiów, filuternych przekomarzań. Ale noc?

podnosi?y si? te g?osy nami?tniej. ??danie wraca?o coraz wyra?niej i

donio?lej i s?yszeli?my, jak rozmawia? z Bogiem, prosz?c si? jak gdyby i

wzbraniaj?c przed czym, co natarczywie ??da?o i domaga?o si?. A? pewnej

nocy podniós? si? ten g?os gro?nie i nieodparcie, ??daj?c, aby mu da?

?wiadectwo usty i wn?trzno?ciami swymi. I us?yszeli?my, jak duch weń

wst?pi?, jak podnosi si? z ?ó?ka, d?ugi i rosn?cy gniewem proroczym,

d?awi?c si? ha?a?liwymi s?owy, które wyrzuca? jak mitralieza.

S?yszeli?my ?omot walki i j?k ojca, j?k tytana ze z?amanym biodrem,

który jeszcze ur?ga. Nie widzia?em nigdy proroków Starego Testamentu,

ale na widok tego m??a, którego gniew bo?y obali?, rozkraczonego szeroko

na ogromnym porcelanowym urynale, zakrytego wichrem ramion, chmur?

rozpaczliwych ?amańców, nad którymi wy?ej jeszcze unosi? si? g?os jego,

obcy i twardy - zrozumia?em gniew bo?y ?wi?tych m??ów. By? to dialog

gro?ny jak mowa piorunów. ?amańce r?k jego rozrywa?y niebo na sztuki, a

w szczelinach ukazywa?a si? twarz Jehowy, wzd?ta gniewem i pluj?ca

przekleństwa. Nie patrz?c widzia?em go, gro?nego Demiurga, jak le??c na

ciemno?ciach jak na Synaju, wspar?szy pot??ne d?onie na karniszu

firanek, przyk?ada? ogromn? twarz do górnych szyb okna, na których

p?aszczy? si? potwornie mi?sisty nos jego. S?ysza?em jego g?os w

przerwach proroczej tyrady mego ojca, s?ysza?em te pot??ne warkni?cia

wzd?tych warg, od których szyby brz?cza?y, mieszaj?ce si? z wybuchami

zakl??, lamentów, gró?b mego ojca. Czasami g?osy przycicha?y i z?yma?y

si? z cicha jak gaworzenie wiatru w nocnym kominie, to znowu wybucha?y

wielkim zgie?kliwym ha?asem, burz? zmieszanych szlochów i przekleństw. Z

nag?a otworzy?o si? okno ciemnym ziewni?ciem i p?achta ciemno?ci wion??a

przez pokój. W ?wietle b?yskawicy ujrza?em ojca mego w rozwianej

bieli?nie, jak ze straszliwym przekleństwem wylewa? pot??nym chlustem w

okno zawarto?? nocnika w noc szumi?c? jak muszla.

Download Book

COPYRIGHT(©) 2022